Ask me anything
Fleet Foxes, Chorzów.
Pięknie było. Siedzieliśmy może dziesięć-dwanaście metrów od nich. To niezwykłe, że śpiewając i grając cały program z obu płyt nie zaliczyli ani jednego większego fałszu. To jakby niemożliwe, a jeszcze w dzisiejszych czasach kompresji i gagizmu. Może jeszcze VooVoo tak mają (miewają? miewali?), no ale Wagiel ma jednak nieco mniej oktaw niż Robin Pecknold. Który ma znakomite poczucie humoru (Now tell me guys, but honestly: were the t-shirts reasonably priced? No? Well, that explains a lot. Here’s some free jazz instead, then)
I jeszcze to, że uwielbiam tę bezczelnie harmonijną muzykę i czyste głosy, w których nie da się nie słyszeć Simona&Garfunkela 30 years later. Choć pewnie wstyd i nie wypada. Co mam w dupie.
Szczegóły robią ten serial. Chain-smoking, picie, zapinanie sukienek żonom i kochankom, rozpinanie guzika marynarki przy siadaniu. Pokora czarnych windziarzy i kelnerów, hipokryzja mężów zdradzających swoje udomowione żony. Jak zauważył Bill Maher, to czasy, do których tęskni amerykańska prawica - czasy, kiedy dobrze było być białym, heteroseksualnym mężczyzną (chrześcijaninem). Ciekawe, jak bardzo zmienił się świat przez te głupie pół wieku. Jak automatyczny jest wkurw na męską bucerę Mr. Drapera i kolegów.
Dobra historia wymaga dobrego tekstu. Dzisiejszy wieczór sponsorują:
1. “Like a dog playing piano”
2. Roy: How do you sleep at night?
Don: On a bed made of money.
3. Don: Roy, if you had a job, what would it be?
Yay. To jest kino. Takie emocje, że nawet przez chwilę nie żałujesz, że nie poczekałeś na tani wtorek w Heliosie i zapłaciłeś fulprajs. Klimat. Sensowne dialogi. Wiarygodna intryga. Dobrze dobrana muzyka - w kinie brzmi świetnie, poza kinem chyba nie, ale nie każdemu soundtrackowi Lost Highway.
Aż mnie samego zaskoczyło, jak rzadko ostatnio przeżywam w kinie tego rodzaju emocje. Kolejny superbohater, kolejny Woody Allen, kolejne ambitne kino łotewskie… Miły wieczór i to wszystko, recenzent znów ściemnił, podlec. Może Prorok Audiarda dawał radę, może Ghostwriter Polańskiego, ale w obu czasem prawdopodobieństwo nie wyrabiało na zakrętach fabuły. Tu też jest parę trefnych detali (czemu na początku tak trudno uciec policji, a potem nigdzie jej nie ma? Po co łazić po mieście w zakrwawionej kurtce?) ale w ogóle nie uwierają.
Jak to dobrze, że nikt tu nie sypie dowcipami. Ze nie ma schematu bohater bije - biją bohatera - obity bohater zwycięża. Że nikt nie szepcze ze łzami w oczach i smyczkami w tle Dżon, kocham cię. Tu wszyscy są brutalni, skryci, skuteczni. Bezradni, zakompleksieni, zrozpaczeni. Pościg nie polega na mieleniu kilometrów, uciekinier jest skuteczny, bo sprytny. Czułość w kilku gestach, pięciosekundowa bójka.
Szacunek dla reżysera, szacunek dla operatora. Szacunek i owacja na stojąco dla Goslinga. Mało mówi, dużo patrzy. Byłby autystyczny, gdyby drobnymi gestami nie zdradzał emocji. Byłby psychopatyczny, gdybyśmy nie wiedzieli, że to żaden mastermind, a zwykły chłopak próbujący sobie poradzić jak umie. Do tego Carey Mulligan - fajnie, że jest. Idźcie, zobaczcie koniecznie.
Jedynkę widziałem kiedyś w kinie - bardzo brutalna, przykra w oglądaniu, w dodatku często-gęsto naiwno-autorytarna (my, Czaszki, robimy porządek ze śmieciami-dilerami), by nie użyć słowa na ‘f’. Na szczęście był choć ten haczyk, że cała ta jatka miała na celu przygotowanie Rio na wizytę Jana Pawła.
Dwójka zdaje się być lepsza. Strzelają rzadziej, jest w miarę (szkoda, że nie całkiem) wiarygodna intryga. Nawet narrator-policjant wygląda autentycznie w swoim uwielbieniu dla munduru i służby z jednej, a pogardliwej niechęci do działacza na rzecz praw człowieka z drugiej strony. I w tym, ze długo wszystko co złe wydaje mu się po żołniersku proste do naprawienia.
W ogóle podoba mi się, co najmniej od czasu Miasta Boga, tamto kino - jakby kompletnie nieświadome hollywoodzkich klisz, które są tak dołująco przewidywalne, że wiem po 20 minutach kto zginie, kto z kim się będzie żył szczęśliwie a nawet w którym momencie bohater wychodząc usłyszy od współbohatera/rki swoje imię i się odwróci, by powiedzieć Coś Krzepiącego.
Tu tego nie ma, tu jest jakaś beztroska w niekończeniu opowieści happy endem, w pokazywaniu zwykłej, codziennej brutalności i okrucieństwa bez żadnego ostrzeżenia, ale też w małych dawkach, przelotnie. Kupuję to chętnie - opowieść narratora toczy się swoim tempem, a że komuś tam pośmiertnie wyrywają zęby ze spalonej czaszki, żeby uniknąć identyfikacji szczątków, to w sumie logiczny detal. Kojarzący mi się z szekspirowskimi grabarzami, bo to również był niemal comic relief.
Zastanawiam się, na ile autentyczna może być część polityczna. Co do krwi na rękach VIPów - pewnie Cierpliwy ogrodnik dawał lepszy wgląd w realia (ktoś zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś do wynajęcia). Ale kompletna demoralizacja, rzucanie innych na pożarcie, strach (umiarkowany) jedynie przed mediami - są znajome, zawsze i wszędzie. Dopiero pod koniec uświadomiłem sobie, że tym korupcyjnym piekłem współrządził już całą kadencję brazylijski the ultimate good guy, czyli Lula. Nie ma go w filmie w ogóle. Dobry car i źli urzędnicy? Ten wywiad daje jakieś wyobrażenie o rzeczywistości. Jest lepiej, ale pamiętajmy, jak gówniany był punkt wyjścia.
Na koniec, tradycyjnie, architektura. Ciekaw jestem, czy kiedy Brazylia stanie się już tą trzecią czy czwartą potęgą świata, to ktoś wreszcie obsadzi drzewami ten pusty, przeraźliwie i modernistycznie posępny plac-trawnik w centrum dzielnicy rządowej w Brasilii. Teraz jest tam raptem kilka smętnych pinii na obrzeżach. A może być nowy, lepszy Central Park.
Wiem, to jest ekranizacja komiksu. Okienka musiały zostać odhaczone: jest love interest, wprawdzie nie wiedząca co się dzieje, za to dzielna i urocza. Jest sidekick, dla odróżnienia oznakowany na zbroi kółeczkiem (Stark ma trójkącik) i czarny, no niemal Piętaszek. (Disclaimer: od czasu Hotelu Rwanda trudno mi się ogląda Dona Cheadle w kinie dla nastolatków, mam podświadome wrażenie, że z konieczności zarabia na masełko do chleba a nie wciela się w postać).
Jest oczywiście przeciwnik, Whiplash zły jak się tylko da: ochrypnięty Rosjanin z mongolskimi rysami, więziennie wytatuowany, złowrogo uśmiechnięty (po tym Rourkego poznać wszędzie) i z barbarzyńskim biczyskiem.
Znów ogląda się świetnie, ale jednak nie na tyle, żeby nie pomyśleć parę razy NOW THIS IS GETTING RIDICULOUS. I nie chodzi mi tu o kolejny odcinek reklamy Audi (mamy nowy model supersamochodu! Z otwartym dachem - idealny do wożenia makiet 3x3m. Na party gentleman może przyjechać w gustownym A5, ale już dla CEO koniecznie A8. Uff. Tfu).
Otóż nie. Mam na myśli:
- Formułę 1, gdzie wozy nadal zapalają się tak łatwo jak za czasów Laudy, a jeśli ktoś jedzie po torze pod prąd limuzyną, to nie szkodzi, wszyscy się pomieścimy.
- Budowę akceleratora w piwnicy w jeden dzień, z byle czego. Jeden z segmentów pierścienia jest dla wypoziomowania położony na książkach, drugi na tarczy Cpt America. Emisją (czego? plazmy?) Stark steruje za pomocą potężnej żabki. Skoro roboty Starka potrafią mu wyprodukować nową zbroję w parę godzin i zeskanować w 3D całe laboratorium, to po co ta dłubanina? Dłubanina to w Moskwie, u degenerata z flaszką wódki na stole i z kowadłem pod stołem; nie mylmy klisz.
- syntezę nowego pierwiastka za pomocą powyższego sprzętu, od razu w odpowiednim kształcie, ilości i trwałości.
- oraz Scarlett Johansson w roli ninja.
Do tego moje prywatne emo. Wiem, jak wygląda dokumentacja budowlana. Dla domu to kilka tomów, dużego biurowca - szafa, stadionu - trzy szafy. Dokumentacja reaktora łukowego w filmie to jeden, w porywach trzy arkusze A0 w intensywnej ultramarynie (wtf? scenograf pamiętał tylko, że ozalid ma być błękitny, ale nie wiedział jak bardzo i że nie chodzi o negatyw?) I wystarczy, już można sobie zmontować swoją zabawkę.
Naprawdę wolę unobtainium i handwaivium od takiego mambo-dżambo, mającego się do inżynierii tak jak homeopatia do medycyny. Chyba że to celowe, żeby nie zniechęcać młodzieży, słabo garnącej się do studiów technicznych.
Przy takim chaosie i łatwości budowania potężnej broni (czy w zasadzie czegokolwiek) dobrze, że Samuel Jackson pilnuje całego tego bajzlu, wraz ze swoimi Ludźmi w Czerni. Who watches the Watchmen? S.H.I.E.L.D. does.
Zobaczymy, jaka będzie trójka.
Pięęękne. Oczywiście - to musi być infantylne, inaczej niedasię. Y’know, for kids. Ale ogląda się świetnie, jak to zwykle z Downeyem Jr.
Szkoda tylko, że oprócz trzeszczących szelek do zawieszania niewiary, skrzypią też liczne zmarnowane szanse na pokazanie prawdziwego futuryzmu.
Ironmanowa zbroja jest superultrahightech, roboty-sidekicki w zasadzie rozumne a nawet sarkastyczne, jednak: zamiast porządnych RFIDów są karty dostępu robiące ping, komputer szefa to zwykły Dell na którym piękna dziewczyna wpisuje wiersze poleceń z wprawą starego linuksiarza. Do tego nieznośny miejscami product placement Audi (srsly, nie pokazali chyba tylko tych małych modeli, które i tak nie schodzą w Stanach?).
Orgia Mechanical CADa podrasowanego VR - smakowita. Zresztą co ja piszę - cały film to nerdgasm majsterkowicza, każdy kto dzieckiem będąc kleił modele jęknie z rozkoszy.
A do tego zonk - ikony meblowego designu. Z lat 50 i 60. XX wieku. Alu i Lounge Chairs Eamesów, Arco Lamp Castiglionich… pewnie fotele Miesa i Le Corbu po prostu przeoczyłem. To niezwykłe, jak ta stylistyka wtopiła się w celebrycki świat. Te meble są jak mała czarna, nie wiesz co założyć - kup Vitrę!
Oraz Shelby Cobrę.